sobota, 30 kwietnia 2016

Moje pierwsze doświadczenia z wywoływaniem filmu

Wreszcie się przełamałem i wywołałem samodzielnie pierwszy film. Bo to jednak trochę niepoważne żeby prawilny AnaloGeek nosił swoje filmy do labu.

Na pierwszy ogień poszła rolka czarno-białego filmu typu 135 Fomapan 100 ze zdjęciami z ostatniego pleneru Migawki (same zdjęcia też niedługo zagoszczą na blogu). Efekty przerosły moje oczekiwania, stąd też decyzja aby podzielić się tym doświadczeniem.

Od czego by tu zacząć... koreks. Wpadł mi w ręce wiekowy, polski koreks typu T, który zamiast spirali posiada taśmę pomocniczą. Wszystkie książki do których zaglądałem twierdziły zgodnie, że to staroć i jest mocno średni. Postanowiłem jednak przekonać się na własnej skórze. I uważam, że było warto. Nawijałem film na taśmę pomocniczą prosto z kasety, bez wcześniejszego wyjmowania z niej rolki z błoną, i wszystko poszło szybko i sprawnie.

Kolejną decyzją nad którą łamałem sobie głowę od dłuższego czasu był wybór: rękaw ciemniowy czy ciemnia. W końcu zdecydowałem się na rękaw, i po raz kolejnym uważam, że decyzja była dobra. Taki rękaw jest, przynajmniej w moim odczucia, bardzo wygodny. Zasada jego działania jest prosta: wkładamy do zabezpieczonego przez dostępem światła worka koreks, film (i nożyczki, nie zapominamy o nożyczkach bo są potrzebne), dokładnie zamykamy, a następnie wkładamy ręce w specjalne mankiety i umieszczamy film w koreksie. Po założeniu pierwszej, próbnej rolki szło juz gładko.

To nie koniec trudnych decyzji. Najtrudniejszy był dla nie wybór wywoływacza. W końcu zdecydowałem się na Rodinal. Między innymi dlatego, że jest jednorazowy co niweluje problem właściwego przechowywania gotowego roztworu. Oprócz tego nadaje się do większości dostępnych na rynku filmów czarno-białych.

A co z resztą chemii? W roli przerywacza wystąpiła woda z octem w proporcjach 10:1, z utrwalaczy wybrałem Tetenal. Przy ostatnim płukaniu dodałem do wody odrobinę płynu do mycia naczyń. Temperaturę mierzyłem termometrem winiarskim (5 zł zamiast 25 za fotograficzny, a robi to samo).

Sam proces również okazał się mniej skomplikowany niż się spodziewałem. Wystarczyło wszystko zaplanować a następnie jedynie pilnować czasu i temperatur.

A jak efekty? Film wyszedł idealnie! Bez zacieków, prześwietleń czy niedoświetleń, odpowiednio kontrastowy, no po prostu cud miód i orzeszki.

W Internecie jest mnóstwo poradników dotyczących wywoływania napisanych przez ludzi o dużo większej wiedzy niż moja, dlatego ograniczyłem się tylko do krótkiego podsumowania mojej metody i oceny efektów.

Ktoś mógłby teraz zapytać: mam już wywołany negatyw, co dalej? Ja zdecydowałem sie na skanowanie. O metodzie, którą wypracowałem napiszę niedługo, z niej również jestem bardzo zadowolony.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz